SPOT – prawdziwa historia c.d.

SPOT – prawdziwa historia c.d.

W poprzednim poście:

Wobec braku możliwości wyjścia ze szczelin, śmiałkom pozostało tylko jedne wyjście. Wezwać pomoc. Jeden z nich, zmarzniętymi palcami nacisnął przycisk „911” na małym pomarańczowym urządzeniu, które – przypięte do pasa biodrowego plecaka, towarzyszyło mu od początku przygody na lądolodzie. To SPOT – urządzenie, które za pośrednictwem satelitów GPS pozwala ustalić pozycje oraz wezwać pomoc. Po chwili czerwone światełko zasygnalizowało wysłanie wiadomości. Kilka tysięcy kilometrów dalej, w podziemnym centrum alarmowym położonym gdzieś w USA już wiedzieli, że gdzie tam, w dalekiej Patagonii, ktoś potrzebuje pomocy.

Historia przedstawiona w poprzednim poście … nie miała miejsca. Na szczęście. Prawdziwe są jedynie warunki panujące na Lodowcu. Tak było, ale o tym opowiem przy innej okazji. Wiem, że możecie się czuć trochę zawiedzenie, ale uwierzcie mi – ostatnią rzeczą, którą chciałbym robić na Lądolodzie jest wyzwanie pomocy :-).

Gdyby jednak taka historia się wydarzyła, to … nie czytalibyście tych słów. Dlaczego? Ponieważ sygnał ze SPOT-a (który był na naszym wyposażeniu) nigdzie by nie dotarł. Z prostego powodu – urządzenie odmówiło posłuszeństwa z przyczyn, których do dzisiaj nikt nie potrafi ustalić.

Ale po kolei.

Przygotowując wyprawę zakładałem, że możemy potrzebować pomocy. Szczególnie na Lądolodzie czy w górach. Niezwykle ważna będzie zatem sama możliwość jej wezwania. Wiele osób chwaliło sobie SPOT-y (używane m.in. przez himalaistów). W mojej ocenie był doskonałym uzupełnieniem telefonu satelitarnego. Zakup urządzenia nie był zasadny, pojawiła się natomiast możliwość wynajęcia SPOT-a u polskiego dealera. Z pełnym pakietem. Tak też zrobiłem.

SPOT przyleciał do mnie na kilka dni przed wyjazdem. Został poprawnie skonfigurowany, ustawiłem wszystkie telefony alarmowe, predefiniowane wiadomości, itp. Instrukcji nauczyłem się prawie na pamięć, jej elektroniczna wersja na wszelki wypadek siedziała sobie bezpiecznie w Kindlu. Obsługa urządzenia jest naprawdę prosta. Testy przeprowadzone jeszcze w Poznaniu wykazały, że wszystko jest OK. SPOT wylądował w bagażu podręcznym.

Przez pierwsze 7 dni SPOT działał prawidłowo. Łączył się, wysyłał wiadomości, pokazywał naszą pozycję na ogólnodostępnej mapie. Czyli wszystko działało jak zakładaliśmy. Jak to wyglądało w praktyce? Do predefiniowanych adresatów docierały e-maile (lub sms – w zależności od wykupionego pakietu) z predefiniowaną wiadomością i naszą dokładną pozycją. Efektem działania SPOT-a była mapa naszej trasy.

Ostatni raz SPOT wysłał naszą pozycję pierwszego dnia wyprawy na Lądolód Patagoński. Po przekroczeniu dwóch rzek wysłał wiadomość – u nas wszystko OK, żyjemy, mamy się dobrze :-). Następnego dnia, gdy zaczęliśmy prawie 7 godzinną wspinaczkę na przełęcz Marconiego, pojawił się dziwny komunikat – „skontaktuj się z producentem, test jednostki nie został przeprowadzony”. Nie pomagał restart, wymiana baterii. Komunikat ciągle się powtarzał. Nasze wiadomości z pozycją nie były przesyłane. Nie mogliśmy zatem wezwać pomocy przez SPOT-a. Urządzenie okazało się nic nie wartym gadgetem, który zajmował tylko miejsce w plecaku. Możecie sobie wyobrazić jakie słowa cisnęły mi się na usta. A wszystko to akurat wtedy, gdy SPOT z założenia może być najbardziej przydatny.

Pocieszałem się jedynie tym, że ratunek, nawet przy działającym SPOT-cie, mógłby … nigdy nie nadejść.
W Patagonii nie funkcjonują bowiem służby ratownicze pokroju naszego GOPR-u. Wołanie o pomoc czasami jest wołaniem na puszczy. Pomoc działa na zasadzie pospolitego ruszenia wspinaczy z El Chalten. Nie ma śmigłowców. Jedyny ich dysponent – armia – nie jest podobno skora udzielać pomocy. W każdym razie z pomocą jest krucho i podstawą na wyprawach w tych rejonach jest samowystarczalność.





SPOT-a w zasadzie nie udało się uruchomić już do końca wyprawy. Szkoda, gdyż na podstawie danych ze SPOT-a chcieliśmy stworzyć taką wirtualną mapę naszej wyprawy. Mapa oczywiście powstanie, ale będzie to wymagało o wiele więcej pracy.

Po powrocie do Polski reklamowałem urządzenie. Pomimo szczegółowego opisu problemu polski dealer nie doszukał się żadnych problemów. U nich podobno działa. Problem w tym, że u nas nie działało. A „u nas” było o wiele ważniejsze niż „u nich”, gdyż SPOT miał nam pomóc uratować życie w razie jego zagrożenia. Dealer nie poczuwał się również do choćby częściowego zwrotu pieniędzy (w końcu SPOT działał przez 7 dni). Dla mnie takie rozwiązanie jest nie do pomyślenia. Efekt? Nigdy SPOT-a już nie wypożyczę, a w sklepie dealera niczego nie kupię.

Kolega z Facebooka – Marcin Dobas, który również sporo podróżuje po świecie, polecił mi PLB czyli Personal Beacon Locator. Wygląda na to, że jest ciekawszą i lepszą alternatywą dla SPOT-a. Muszę to sprawdzić. Kto wie, czy nie będzie mi jeszcze kiedyś potrzebny :-).

2 komentarze

  1. Magda

    Po takiej udanej wyprawie trudno nie mieć dobrego humoru i trochę sobie nie pożartować.Wydawało mi się to dziwne,że tak jak śliwka w kompot, jeden po drugim…Jak dzieci w piaskownicy…Z trudem,ale dałam się nabrać,gratuluję.Dawno mnie już nikt w konia nie zrobił.Ale to było pierwszy i ostatni raz…Łukasz,pisz i pokaż(cie) zdjęcia.Pomyślności,fajno,że to jest jak obudzenie się z koszmarnego snu!!!

  2. Ewa

    Nie strasz ludzi ! Po przeczytaniu pierwszych zdań zrobiło mi się gorąco. Całe szczęście, że ten SPOT nie okazał się bardzo, ale to bardzo potrzebny. Pozdrawiam