W szponach sztormu

Dzień dwunasty (Refugio Garcia Soto – Circo de los Altares) / 2 kwietnia 2012

Żadne warunki nie pozwolą mi pozostać w łóżku o wschodzie słońca. Tak było i tym razem. Budzik wyrwał mnie z objęć Morfeusza. Po chwili ubierałem już spodnie i puchówkę. Nie powiem – było zimno. Perspektywa zostania w ciepłym śpiworze była bardzo kusząca. No ale nie po to tyle godzin walczyłem z terenem, aby teraz słodko przesypiać najlepszy czas na fotografię.

Pokrywa włazu do Refugio przez chwilę mi się opierała, ale ostatecznie dała za wygraną i byłem na zewnątrz. A tam – pustkowie. Jak okiem sięgnąć ciągnęła się biała, lodowa pustynia. Na horyzoncie majaczyły nagie szczyty. Ich czarne skały tworzyły niesamowity kontrast z białym lodem. Po chmurach dnia poprzedniego prawie nie został żaden ślad. Prawie robi jednak różnicę. Chmury kłębiły się bowiem na północy skąd nadejść miał sztorm oraz na … wschodzie. Wschodu być zatem nie mogło. Coś tam się na chwilę zaróżowiło, ale nie na tyle, aby wyciągać aparat. Jak nie pyszny wróciłem zatem do śpiwora.

Ale tylko na chwilę. Jeśli mieliśmy bowiem ruszyć, to trzeba było ruszyć z rana i maksymalnie wykorzystać dobrą pogodę.

Wstajemy więc. Antka siłą trzeba wyciągać ze śpiwora. Mówi, że trochę zmarzł. Mi brakuje porannej kąpieli. No i cały czas chodzę w puchówce i w rękawiczkach – szału można dostać.

O wschodzie wieje jeszcze całkiem silny wiatr, ale później zamiera. To on w nocy przegonił wczorajsze chmury. Teraz widoczność jest naprawdę dobra, choć chmury na północy nie zapowiadają niczego dobrego. Podejmujemy decyzję – idziemy dalej. Co prawda Refugio oferuje nam schronienie jakiego nie ma na całej dalszej trasie, ale nie chcę utknąć tutaj na kilka dni. Przystępujemy zatem do śniadania. Korzystam z gościnności poprzednich wypraw i wcinam chilijskie risotto. Powinno dać mi „kopa” na cały dzień drogi. Pakujemy się i o 11 opuszczamy nasze „przytulne” schronienie. Przed nami wielogodzinny marsz po lodowej pustce. Pomimo zimna czuję się doskonale, Antek również. Jestem strasznie naładowany pozytywną energią.

Początkowo schodzimy w dół. Lądolód nie jest bowiem płaski. To wznosi się to opada. Na odległości jednego dnia marszu różnica potrafi wynosić nawet 200 metrów. To sporo. Wiążemy się liną. Ustalamy zasady bezpieczeństwa i hola – do przodu. Idzie się wspaniale. Widoki powodują u mnie ból głowy – nie nadążam za jej obracaniem :-). Największe wrażenie robi na mnie czarny masyw Marconiego. Niesamowicie odcina się na biało – szarym lodzie. Wiaterek lekko chłodzi.

Odległości są spore i wyjście na pool position zabiera nam godzinę. Zatrzymujemy się na zdjęcia. Trzeba cały czas uważać i za bardzo się nie oddalać. W każdym momencie można bowiem polecieć w dół szczeliny. A te właśnie się zaczynają. Są pokryte śniegiem i nie zawsze je widać. Największym zagrożeniem są oczywiście mosty śnieżne łączące brzegi rozległych szczelin. Jeśli pęknie to jeden z nas, a może nawet i obaj polecimy w dół. A tych mostów jest tutaj sporo. Śnieg nie ułatwia sprawy.

Chmury na północy stworzyły niesamowite obrazy. To jest dla mnie kwintesencja Lądolodu. Już wiem, że trzeba będzie tutaj wrócić.

Powoli mijamy po lewej cały masyw Marconiego. Składają się na niego następujące szczyty – Marconi Norte, Marconi Principal, Dumbo. Volonqui i Rincon (oraz szereg innych). Wszystkie mają ponad 2 tys. metrów. Wyglądają naprawdę pięknie. Zaczynają doganiać nas chmury i szczyty powoli giną w ich otchłani. Nie dociera do nas żaden dźwięk. Jesteśmy tutaj całkowicie sami. Nie ma ptaków, roślinności czy zwierząt przystosowanych do polarnych warunków. Nic. Tylko lód i skała. Całkowita izolacja. Może przyprawić o ból głowy.

Szczelin jest coraz więcej i więcej. Bardzo utrudniają nam życie. Musimy je obchodzić nieraz nakładając drogi. Są zarówno te małe, jak i bardzo rozległe, szerokie na kilka metrów. Wielokrotnie Antek sonduje kijem, czy możemy przejść. I wielokrotnie musimy zmieniać z tego powodu naszą drogę.

I nagle, łup. Antek siedzi po pachwinę jedną nogą w szczelinie. Miał szczęście. Przechodziliśmy po moście śnieżnym, który na szczęście wytrzymał. Spoglądam w miejsce upadku i widzę dno kilka metrów poniżej. Na chwilę przepełnia mnie strach.

Zrywa się wiatr. Wieje coraz silniej i silniej pędząc chmury. Nie jest dobrze. Na szczęście wieje nam w plecy i w ten sposób trochę ułatwia drogę. Zakładam mimo to gogle. Lepiej w nich widać. Warunki pogarszają się z minuty na minutę. Zaczyna padać deszcz. Plecaki ciążą coraz bardziej. Stopy zaczynają boleć od raków i tępych uderzeń w lód. Na dodatek teren robi się coraz trudniejszy. Liczba szczelin wzrasta gwałtownie. Są też większe. Jedyna pociecha w tym, że zniknął śnieg. Teraz idziemy po czystym lodzie. Jest nam nieco łatwiej omijać szczeliny są one bowiem lepiej widoczne.

Zaczyna naprawdę wiać. Chwila nieuwagi i Antek traci pokrowiec na plecak. Od teraz deszcz zaczyna moczyć jego wyposażenie. Robi się zimno. Nie zatrzymujemy się, bo każda chwila postoju oznacza momentalne wychłodzenie. Kurta przeciwdeszczowa Milo daje radę i pod nią jestem suchy. Ale na deszcz nie ubiorę puchówki. Tylko ruch zapewnia utrzymanie ciepła. Pomimo warunków humor mi dopisuje. Również wiara, że niedługo będziemy w lepszych warunkach chroniąc się pod czaszą namiotu.

Widać już mniej więcej Circo de los Altares, gdzie mamy rozbić namiot. Znajduje się ono u podnóża Cerro Torre i całej linii innych wysokich szczytów. To nic innego jak lód pokryty kamieniami z lodowców.

Końcówka jest naprawdę trudna. Przebijamy się z Lądolodu w pobliże skał i kamieni. A tam zawsze jest najwięcej szczelin. Wreszcie wchodzimy na pokryty kamieniami lód. Szukamy miejsca na robicie namiotu. Deszcz już nie pada – po prostu wali z nieba. Wiatr też się rozhulał. Zaczynam wątpić w powodzenie naszej wyprawy.

Chwila nieuwagi i ląduje po kolano w dziurze wypełnionej wodą. To zarwał się pode mną lód. Upadek zamortyzowały kije. Niestety jeden z nich pęka. Klnę. Szczęście w nieszczęściu, że nic sobie nie zrobiłem. Woda chlupie w jednym bucie – nalała się od góry. Po chwili to samo spotyka Antka. Jeszcze chwila w tym terenie i się połamiemy.

Znajdujemy wreszcie miejsce na namiot. Zewsząd otaczają nas wysokie szczyty pokryte ciemnymi, kłębiącymi się chmurami. Jedynie w kierunku Lądolodu widać otwartą przestrzeń. Nierówności lodu (bo namiot rozbijamy na lodzie) wyrównujemy narzucając kamieni. Zaraz po tym zaczynamy budować metrowej wysokości mur z kamieni, który choć trochę ma osłabić impet wiatru. Wiatr jakby czytał nasze myśli, bo rzuca się na nas z całą siłą. Budowa muru zajmuje nam pełną godzinę. Tracę podczas niej rękawiczki – pocięte ostrymi krawędziami kamieni nie nadają się na razie do niczego. Po godzinie jestem tak z Antkiem wyczerpany, że marzymy o namiocie i czymś gorącym do picia. Mówisz – masz. Stawiamy namiot. O mało go nam nie porywa wiatr, ale udaje nam się go postawić. Nie ma mowy o wbijaniu śledzi. Namiot przymocowujemy do podłoża stertą kamieni. Cieszę się, że namiot ma fartuchy śnieżne. To właśnie na nich leżą te kamienie.

Antek idzie jeszcze po wodę. Ja wczołguję się do środka namiotu, wrzucając wszystkie nasze szpargały i jako tako przygotowuję go na nasz pobyt. Jestem cały mokry. Buty, kurtka, czapka, rękawiczki (a raczej to co z nich zostało). Dobrze, że w plecaku jest wszystko suche. Jestem zapobiegliwy i wszystko trzymam w wodoodpornych workach firmy Exped. Naprawdę polecam je każdemu. Nie dość, że zabezpieczają przed zamoknięciem rzeczy, to jeszcze bardzo dobrze kompresują ich objętość.

Po chwili do namiotu wczołga się Antek. Przebieramy się i wskakujemy do śpiworów. Antek część rzeczy ma niestety mokrych. Mści się utrata pokrowca. Przestronne przedsionki namiotu pozwalają nam zrobić suszarnie. Wszystkie mokre rzeczy lądują na kijach i się suszą. W temperaturze bliskiej zeru :-). Udaje mi się prowizorycznie naprawić złamanego kija. Na dworze zaczyna padać śnieg na przemian z deszczem.

Wiatr uderza z jeszcze większym impetem. To już nie jest silny wiatr. To potężne wietrzysko. Z gór zaczynają schodzić podmuchy, o niewyobrażalnej wręcz sile. Porównuję je do pędzącego pociągu TGV. Wyobraźcie sobie, że stoicie na peronie, kiedy taki pociąg obok Was przejeżdża z dużą prędkością. Zapowiada go długie wuuuuuuu… I tak też jest na Lądolodzie. Podmuchy pojawiają się co kilka minut. W duchu modlę się, aby w nas nie trafiły, bo nie będzie co zbierać. Ten wiatr zaczyna działać mi na nerwy. Sieje strach i zwątpienie.

Antek odpala Jetboila (naszą maszynkę) i po chwili raczymy się gorącą herbata. Później liofy – częstuję Antka jednym – szybciej się pożywimy. Liof ma tę zaletę, że nim się zrobi, to można go wsunąć do śpiwora i będzie niesamowicie grzał. Tak też robimy. Antkowie w pewnym momencie jest nawet za gorąco od tego dogrzewania. Wręcz krzyczy. Okazuje się, że wylała się na jego śpiwór gorąca woda z Jetboila. Ciepło jest zatem chwilowe. Śpiwór jest mokry, po chwili zaczyna łapać zimno z podłogi. Współczuję mu spania w takich warunkach.



Namiotem w międzyczasie cały czas targa w lewo i w prawo. Pałąki wyginają się do granic możliwości. Czasami dach namiotu wali nas po głowie (mimo, że nie jest nisko w środku). Jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że udało nam się tutaj dotrzeć i zakotwiczyć przed sztormem. Gdyby ten wiatr złapał nas 3 godziny wcześniej na Lądolodzie to byłoby krucho. Zapewne musielibyśmy nocować w szczelinie opatuleni czym się da. Rozstawienie namiotu na lodzie równałoby się samobójstwu. Tam zresztą musi jeszcze silniej wiać – wiatr nie ma się gdzie zatrzymać.

W nagrodę zjadamy puszkę brzoskwiń. Smakuje wybornie. Daje nam to pozytywnego kopa. Z przejęciem analizujemy cały dzisiejszy dzień.

Idziemy spać. Sen jednak nie nadchodzi. Pomimo zmęczenia jestem tak nabuzowany adrenaliną, że nie mogę zasnąć. Dodatkowo ten wiatr. Zaczynam rozróżniać siłę podmuchów i przypisuję im nazwy pociągów. Najsilniejszy jest „shinkasen”. Zaraz potem „tgv”. Polskich „ic” czy „tlk” nawet nie zauważam. Ta dwa pierwsze robią jednak ogromne wrażenie i budzą we mnie dziki strach. Długo nie śpię wsłuchując się w odgłosy schodzącego z góry wiatru. Oczy często wznoszę ku niebu. Dobrze, że w śpiworze ciepło.

Łukasz

Znajdź drogę

1 Komentarz

  1. siłą z łóżka??!!!
    akurat miałem fajny sen i chciałem się dowiedzieć jak miała na imię i jej mejla dostać!! ot co!!!

Skomentuj