Powrót na dół

Dzień dwudziesty drugi (Camp Torre – Lago Grey – Lago Poheo) / 12 kwietnia 2012 roku

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć również B. Wstajemy bardzo wcześniej. Na campingu ruch – wszyscy szykują się na wieże. Nie pada. Przez chwilę widzę przebijający się przez chmury księżyc. A więc jest nadzieja. Szybko wskakuję przygotowane wieczorem ciuchy. Adam również. Zależy mi na ruszeniu jeszcze przed wszystkimi, bo później będę musiał iść w rządku. Wychodzę z namiotu pierwszy. Mamy z Adamem spotkać się już na górze.

Mój plan udało mi się zrealizować jedynie połowicznie. Przede mną idzie bowiem z 6 osób. Tak jak przypuszczałem idą wolno co niesłychanie mnie męczy. To nie jest bowiem mój rytm. Postanawiam zatem ich wyprzedzić. W pewnym momencie ścieżka staje się nieco szersza. Z „przepraszam” na ustach udaje mi się wszystkich wyminąć. Wpadam we własny rytm. Ale szybko zostaje sprowadzony na ziemię. Jakimś dziwnym trafem gubię ścieżkę i wchodzę w takie tatrzańskie gołoborze. Idzie się bardzo ciężko i bardzo stromo. Zasuwam tak dobre 15 minut ciągle sądząc, że idę po ścieżce. Dopiero gdy docieram do miejsca, skąd widzę innych wspinaczy dociera do mnie jaki olbrzymi błąd musiałem popełnić. Jestem wyżej i mocno po prawej. Strasznie się przy tym zmęczyłem. Odbijam zatem w lewo i po kilku minutach docieram od właściwej ścieżki. Jestem o włos od osób, które wcześniej wyprzedziłem. Jestem też wypompowany. Ponad 10 kilogramów sprzętu na plecach nie pomaga. I w ten oto sposób tym razem to ja jestem teraz wyprzedzany :-). Musiałem chwilę odpocząć i wyregulować oddychanie. Po chwili znowu szedłem w ogonku :-).

Wychodzimy z lasu i dopada nas wiatr. Chwilę później zaczyna sączyć deszcz. Nad głowami ciężkie ołowiane chmury. Ledwo co widać w świetle czołówek. Dotarliśmy gdzieś tak do połowy trasy. Pomimo niesprzyjających warunków postanawiam iść jednak dalej. Mozolnie pnę się w górę wyczekując końca drogi. Wreszcie, po kolejnych kilkunastu minutach podejścia, docieram do skał, za którymi widać już jeziorko leżące u podnóża wież. Jest jeszcze bardzo ciemno. No i leje. Wież oczywiście nie widać – skrywa je mrok i gruba kołdra chmur. Jest kilka osób, za chwilę dołączą kolejne. Znajduje olbrzymi głaz i … wczołguję się pod niego dla ochrony przed deszczem. Przynajmniej nie pada mi na głowę. Ubieram puchówkę bo jest całkiem zimno – wiatr hula odbijany od okolicznych głazów. Cały czas mam nadzieję na wspaniały wschód. Może chmury się jednak rozstąpią? Nadzieja zawsze umiera ostatnia. Obok mnie kilka osób siedzi skulonych w deszczu i zapewne myśli o tym samym co ja.

Po godzinie wiadomo już że ze wschodu nici. Zrobiło się już widno. Słońce już dawno wzeszło i zapewne oświetla wieże gdzieś powyżej linii chmur. Z samych wież widać jedynie ich podstawy. Nadal jednak pada i to właśnie w kierunku od wież. Nie ma zatem mowy o wyciąganiu aparatu – po chwili przednia soczewka obiektywu byłaby cała mokra. Nie robię zatem nawet takiego pamiątkowego zdjęcia. Schodzę w dół. W głowie powstaje plan awaryjny – wieże przecież muszę zobaczyć!

W namiocie spotykam Adama. Okazuje się, że zawrócił jak zaczął padać deszcz i po powrocie do namiotu smacznie spał. Szczęściarz :-). Jemy śniadanie i zaczynamy się pakować – dzisiaj schodzimy na dół. Prognozy nie są przychylne. Szkoda, że pogoda nie współpracuje. Namiot zwijamy w kroplach deszczu spadających z drzew. Zaczęło się ostatecznie jednak trochę przejaśniać i chmury poszły lekko do góry. Pożegnalne spojrzenie na obóz i ruszamy w dół.

Droga jest oczywiście krótsza. Większa jej część to zejście.

Po 2h docieram do parkingu. Nawet wyszło słońce. Wygrzewam się w jego promieniach. Idę też na kawę do hoteliku. Adam dociera po jakimś czasie. Wsiadamy i ruszamy do Lago Pahoe, gdzie znowu zamierzamy rozbić namiot.

Przejeżdżamy znany nam most i zatrzymujemy się na zdjęcia. Widać bowiem część wież. Wieje całkiem mocno – tam gdzie stoimy, stoi również wiatrak zasilający okoliczne budynki parku w prąd. Łopaty wirują jak szalone. Czasami wydaje mi się, że zaraz odpadną i uderzą w nas. Na szczęście to tylko lęki. Po zdjęciach znowu polujemy na guanaco. Tym razem jednak nie napotykany ich stada. Widać jedynie pojedyncze sztuki. Zapewne przeniosły się w dalsze rejony. Nie ma światła, więc postanawiamy jechać dalej.

Po drodze podjeżdżamy pod przystań, z której mamy ruszyć w dalszą część drogi do lodowca Grey. Ot tak, aby zobaczyć wszystko z wyprzedzenie. Z tej przystani codziennie odbija prom, który pozwala skrócić drogę do lodowca o cały dzień marszu. Wiele jak na tutejsze warunki i ciężar plecaków.

Chmury są cały czas obecne na niebie, ale od czasu do czasy przebija się słońce. W którymś momencie wygląda to bardzo zachęcająco. Zatrzymujemy się zatem na poboczu i wbiegamy na małe wzgórze. Kiedyś pokryte było roślinnością. Pożar, który wybuchł w parku w styczniu zmiótł jednak szatę roślinną w wielu miejscach. Zostały tylko nagie kikuty. Widok jest wstrząsający. Jedna zapałka potrafi zniszczyć tak wiele życia. Te kikuty nadają temu miejscu całkowicie inny wygląd. Czuję kruchość natury wobec żywiołów jej samej.

Robimy zdjęcia. Góry, prawie na wyciągnięcie ręki, są naprawdę potężne. Chmury tą potęgę jeszcze zwiększają.

Jedziemy dalej. Mamy dużo czasu postanawiamy zatem podjechać do początku Lago Grey. Gdzieś na końcu tego jeziora znajduje się lodowiec Grey – cel naszej wędrówki w kolejnych dniach. Na drogach nie spotykamy nikogo. To jest już mocno po sezonie. Nawet prom, którym będziemy płynąc kończy wkrótce swoją działalność. Wówczas po parku będzie się można poruszać wyłącznie pieszo.

Jadąc samochodem rozmawiamy o dalszych planach. Adam jest za pozostaniem w Lago Pehoa i wykorzystywaniem samochodu do polowania na światło. Ja jestem za trekingiem do lodowca Grey, gdzie czeka na nas lodowiec. Las i może inne rzeczy. Po raz pierwszy się kłócimy. I to naprawdę. Osiągamy jednak kompromis, który zadowala obu nas. Jutro zostaniemy jeszcze w Lago Poheo, zapolujemy na świt, po czym pojedziemy do Natales po paliwo i zakupy upominkowe (strasznie tutaj tego paliwa ubywa). Pojutrze ruszamy na lodowiec Grey.

Docieramy do Lago Grey. Zostawiamy samochód na parkingu koło strażnicy i idziemy na plaże. Przechodzimy długi, olbrzymi wiszący most. Woda pod nami kipi. Nie chciałbym wpaść w jej ramiona. Most lekko się kiwa idziemy zatem jak kaczki :-).

Po kilkunastu minutach docieramy do plaży. Lodowca stąd nie widać. Plaża jest olbrzymia. Widoki zasłania nam jednak cypel, który tworzy tutaj naturalną barierę przed wiatrem. Zawracamy.

Znowu trafiamy do Lago Poheo. O zachodzie słońca nie ma mowy. Wszystko spowite jest ciemnymi chmurami. Wykorzystujemy wolny czas na kąpiel i doprowadzenie siebie do porządku. Robię też małe pranie. W samochodzie podczas jazdy powinno wyschnąć.

Czas na kolację. Tym razem postanawiamy skorzystać z gościnności kempingu i udać się na prawdziwą kolację. Wgryzam się w stek. Jest bardzo dobry. Żołądek jest zadowolony. Ja również. Miło spędzamy czas. Oprócz nas jest jeszcze małżeństwo z trójką dzieci. I to wszystko. Powoli ruch w parku zamiera i zapewne za dwa tygodnie nie będzie tutaj już nikogo. taka samotność w parku bardzo nam jednak odpowiada. Czujemy, że należymy do tego miejsca. Ba, że jest ono prawie na naszą wyłączność.

Łukasz

5 komentarzy

  1. Kłótnia to dużo powiedziane, co najwyżej ostra wymiana zdań :-)
    Wyjątkowo spokojny to ja zdecydowanie nie jestem :-)

    W następnym odcinku polujemy na światło a potem idziemy w góry do lodowca na ostatni trekking. Łukasz kiedy będzie ciąg dalszy?

  2. Adam to taki misiek koala, albo panda.
    no, chyba ze sie naoije winka to robie sie z niego grizli :)
    lukasz to taka polna mysz. ciagle w ruchu :)

  3. Magda

    Dobrze Wam idzie,jedna kłótnia na tyle dni to urozmaicenie.Znam takich co pojechali w piątkę rowerami po Europie,to już w Rzymie było trzy oddzielne grupy.I tak pozostało do końca.Jacyś nerwowi.Adam to wyjątkowo spokojny człowiek,Łukasz,facet z nerwem/pozytywnym oczywiście/.

Skomentuj