Pierwsze kilometry

Dzień trzeci ( El Chalten – Camp de Agostini) / 24 marca 2012

Jesienią wschody słońca nie zaczynają się o wczesnej porze. Ale przed nami był prawie godzinny marsz, co oznaczało pobudkę o 5 rano. Pobudka przyszła niczym walnięcia obuchem w głowę. Przez chwilę nie wiedziałem gdzie się znajduję. Tryby zaczęły jednak działać i wszystko stało się jasne. Rano nie tracę dużo czasu na przygotowania. Po 10 minutach byłem już gotowy na wyjście. Adam też stał w pełnej gotowości. Na dworze była jeszcze noc. Świeciły gwiazdy. Nad nami było prawie bezchmurnie, co zapowiadało ciekawy wschód słońca. Pierwszy na argentyńskiej ziemi. Nogi same wyrywały się do przodu.

Postanowiliśmy iść na nieco bardziej oddalony punkt niż wczorajszy Mirador de los Condores. Droga dłuższa, ale punkt wyższy, z szerszą panoramą zarówno na góry, jak i wschód. Ruszyliśmy.

W nocy idzie się szybciej. Początkowo szliśmy szlakiem znanym nam z wczorajszego zachodu. Później jednak ostro skręciliśmy na południowy zachód. Po 40 minutach marszu zacząłem wątpić w nasz wybór. Szliśmy niewielką doliną, otaczały nas nadal wysokie pagórki i punktu widokowego nie było widać. Żadnych znaków. Prowadziła nas w nocy jedynie mniej lub bardziej wyraźna ścieżka. Z mroku nocy czasami wychylają … krowy :-).

W końcu jednak docieramy do miejsca, skąd rozpościera się wspaniały widok na olbrzymie, turkusowe jezioro Viedma. Wdrapujemy się nieco wyżej na okoliczne wzgórze i przed nami odsłania się przepiękna panorama z Fitz Roy i Cerro Torres w roli głównej. Chmury są, ale dodają klimatu.

Jesteśmy mocną godzinę przed wschodem, ale to nas nie zniechęca do robienia zdjęć. Wieje lekki wiaterek, więc trzeba uważać na stabilność statywów. ISO 50 czy nawet 100 w moim aparacie na pewno nie pomaga.

Pojawiają się chmury na wschodzie i nad nami. Są niesamowite. Zaczyna się robić coraz bardziej widno. Wreszcie pierwsze promienie słońca muskają wierzchołek Fitz Roya. Nieco wcześniej podświetlają wysokie chmury. Na takie chwile czekaliśmy i temu podporządkowana jest ta wyprawa. Już ze sobą nie rozmawiamy – każdy jest skupiony i wypatruje kadrów (co nie jest wcale takie proste :-). Chmury jakby trochę odpuściły i szczyty goreją w promieniach wschodzącego Słońca. Ależ widok. Szkoda, że tego nie widzicie chciałby się rzec :-). I pomyśleć, że większość turystów przesypia takie widoki!

Na południu Słońce oświetla góry ciągnące się wzdłuż olbrzymiego jeziora Viedma. Wyobraźcie sobie jezioro, które ma 70 km długości i kilkanaście kilometrów szerokości. A wszędzie turkusowa woda. Nie wieje zbyt mocno, więc tafla wody jest prawie gładka. Nie uświadczysz na niej jednak żadnych żaglówek. Podmuchy wiatru, z których słynie Patagonia, są na takiej przestrzeni zbyt niebezpieczne. Jeden podmuch i większość żagli byłaby w wodzie. Szkoda, bo inne warunki do uprawiania żeglarstwa idealne.

Nie możemy się oderwać od wizjerów. Ostatecznie z żalem opuszczamy to miejsce. Jeszcze sesja fotograficzna dla naszych sponsorów i powoli idziemy w dół. I znowu stajemy na zdjęcia. I tak w kółko.

Do domku docieramy mocno po 10. Czas się spakować – dzisiaj ruszamy na pierwszy trekking. A dla mnie będzie to ostatni dzień w cywilizowanych warunkach :-).

Pakowanie idzie nam sprawnie, co chwila coś ląduje w torbie, która ma zostać w depozycie :-). Spotykamy się jeszcze z Antkiem na ostatnie ustalenia. Czas coś zjeść i obciążyć żołądki przed kilkugodzinną wędrówką :-). Udajemy się do tej samej restauracji co wczoraj. Adam bierze połówkę steka – kelner początkowo nie rozumie zamówienia dziwiąc się, że można żądać połowy steka! Ja biorę sałatę i frytki. Porcje i tak są olbrzymie. Zajadają posiłek na dworze oglądamy lokalną akademię. Dzisiaj musi przypadać jakieś narodowe święto, gdyż władza i policja zgromadzi się na podeście i wysłuchują, przy podniesionych flagach, patetycznego głosu z magnetofonu. Trwa to dobre 40 minut, po czym wszyscy się rozchodzą. A my kończymy nasz posiłek.

Jedyne co mi na razie nie przypadło do gustu to … psy. Wałęsające się psy. Jest ich bardzo dużo. Chyba większość z nich to bezdomne kundle. A że psom nie ufam i trochę się ich boje (doświadczenia domowe :-), to staram się im schodzić z drogi, ale przy takiej liczbie nie jest to łatwe :-).

Jeszcze ostatnie zakupy i ruszamy. Jesteśmy nieźle obładowani i już po chwili czujemy ciężar plecaków. Droga od razu pnie się pod górę. Idziemy po jakiś chaszczach, które mają nas wyprowadzić na właściwą ścieżkę. I rzeczywiście, docieramy do oficjalnego wejścia na teren parku. Pod nami w całej okazałości prezentuje się El Chalten. Stąd widać, że to naprawdę niewielkie miasteczko wciśnięte pomiędzy skały.
Ruszamy dalej.

Słońce ostro praży. Będzie tak z 15 stopni. Nie jest to najlepsza pogoda na długi trekking. Dobrze jednak, że nie pada. Ścieżka to pnie się, to opada. Nie idzie się źle, ale już po kilkudziesięciu minutach czuję ramiona. Przyzwyczaję się, ale pierwsze dni są zawsze najtrudniejsze. Od czasu do czasu mijamy turystów. Jakby nie było, to dosyć popularna trasa pod Cerro Torre. Prawie wszyscy idą na lekko – na zasadzie „zobaczyć i wrócić”. Nasze plecaki muszą robić wrażenie, szczególnie statywy dyndające w lewo i prawo. Po godzinie docieramy do miejsca, z którego widać już masyw Cerro Torre. Nie jest przykryty chmurami, co jest rzadkie. Ma się to szczęście. Światło ostre jak diabli i zdjęcia raczej dokumentacyjno-pamiątkowe. Po kolejnej pół godzinie docieramy do punktu widokowego. Tutaj Cerro jest jeszcze piękniejsze. Zwały śniegu i lodu wirtualnie chłodzi organizm. Boże, jak tu ciepło. Rozdzieliliśmy się z Adamem. Każdy idzie swoim tempem.

Po zejściu z punktu widokowego mijamy wysuszony las. Robi niesamowite wrażenie. Tysiące kikutów niskich drzew aż po horyzont. A po prawej – nadal żyjący las. Stary. Mnóstwo mchu na drzewach. Strasznie trudno to sfotografować, choć podejmujemy takie próby. Przydałaby się mgła, ale ta tutaj bardzo rzadko występuje. Za silne wiatry.

Ostatnie pół godziny przypada na mozolne przedzieranie się przez rumowisko rzeki. W końcu – moreny. Już wiem, że jeziorko i obóz jest blisko. Jestem oczarowany krajobrazem. Jest bardzo różnorodny: od piasków moreny, po olbrzymie głazy, wzgórza, suche lasy, rzekę i nadbrzeżne zarośla, po ostre trzytysięczniki. Widać wszędzie kolory jesieni. Jest pusto, w tle szumi jedynie potężna rzeka Fitz Roy. Wreszcie po 3 godzinach od wyjścia z domku docieram na pole namiotowe. Nieźle, zważywszy, że jest to nominalny czas przejścia całej trasy na lekko. A my idziemy na ciężko. Czuję, że kondycja rośnie.

Camp jest położony w lesie nad brzegiem rzeki. Do jeziorka i widoków na Cerro Torre jest jakieś 10 minut marszu w morenie. Jest dużo miejsca na rozstawienie namiotu. Drzewa dają upragniony cień. Namiotów jest jednak niewiele. W końcu jest już mocno po sezonie i tłumów nie należy oczekiwać.

Po chwili odpoczynku rozstawiamy namiot. To jego debiut na patagońskiej ziemi. Rozkładamy go szybko. Z każdym dniem będzie to jeszcze szybciej. Następnie idziemy nad jezioro zobaczyć teren naszych fotograficznych łowów. Ścieżka prowadzi pośród morenowych wzgórz. Idzie się mozolnie bo po małych kamieniach. Co chwile mijamy olbrzymie głazy. Nagle wychodzimy na szczyt wzgórza i naszym oczom prezentuje się Cerro Torre wraz z okolicznymi szczytami. U ich podnóża – jezioro Lago Torre, z którego bierze swój początek rzeka Fitz Roy. Jest magicznie. Cerro Torre bez chmur! Doprawdy nie wiem jak można się na coś takiego wspinać. Zobaczcie sami. U podnóża masa śniegu. Jeziorko oczywiście turkusowe. Lekko wieje więc o odbiciu gór w jeziorze nie ma mowy. Cały czas zbieram zęby z kamieni tak mną ten widok zachwycił. Po lewej i prawej wysokie bezśnieżne szczyty – tworzą taką prawie kotlinkę – a my jesteśmy w jej środku. Na brzegu siedzi kilka osób. Jest cicho – w oddali szumi rzeka, od czasu do czasu słychać dźwięki cielącego się lodowca. Kilka małych fragmentów lodu ociera się o dno blisko brzegu. Dla takich widoków warto przelecieć pół świata.

Wracamy do obozu. Czas przygotować jedzenie. Rozstawiamy maszynkę. Po kilkuminutowych deliberacjach każdy z nas wybiera danie na dzisiaj. Mi się jakoś jeść nie chce i odpuszczam. Maszynka … nie działa. O rzesz. Próbujemy różnych rzeczy i nic. Płomień nie chce się utrzymać. Ewidentnie problem dotyczy ciśnienia. Przed nami staje widmo głodu :-). Zapasowa maszynka została w El Chalten. No fajnie. Rozbieramy maszynkę na części. Podchodzi do nas Hiszpan zaniepokojony naszymi minami. Ale i one nie może nam pomóc. Metodą dedukcji dochodzimy do miejsca, które jest odpowiedzialne za brak ciśnienia. Po kilku próbach udaje nam się przywrócić maszynkę do życia. I voula – ogień wesoło buzuje i woda się gotuje. Jesteśmy uratowani! :-).

Adam wsuwa jakiegoś liofilizata. Ja zadowalam się mocną herbatą. Za dużo zjadłem na obiad w El Chalten, a mój żołądek musi zacząć się przyzwyczajać do małych porcji, które będą mi towarzyszyły przez kolejne dni.

Zachód okazuje się niestety niewypałem. Siedzimy zatem na kempingu. Podejmuję jeszcze heroiczną walkę o dobre zdjęcie na chwilę przed zniknięciem słońca i wspinam się na pobliskie kamienie. Zakłócam randkę parze ukrytej za owym kamieniem, ale nie mają mi za złe :-). Ale słońce nie daje powodów do radości i zdjęcia nie ma.

Kładziemy się spać. Długo jeszcze rozmawiamy. Do snu kołysze nas lekki wiaterek. Jest chłodno, ale nie zimno. W śpiworach – cieplutko. W namiocie mamy bardzo dużo miejsca. Sprzęt fotograficzny leży sobie pod tropikiem więc można wyciągnąć nogi.

4 komentarze

  1. wspaniałe są te zdjęcia o wschodzie słońca. A co do steków, kilo na głowę – chyba taka poanuje tam zasada :)

  2. Łukasz,piszesz super.Nastrój mi się udziela.Wędruję z Wami.Dzięki.

  3. E tam, pieski były wyjątkowo sympatyczne i urocze. Miałem nawet ochotę podzielić się z nimi frytkami ale Łukasz wybił mi to z głowy :-)))

Skomentuj