Oko w oko z lwem morskim

Szybko wbiegam pod strome wzniesienie. Ścieżka prowadzi zakosami, a silne uderzenia wiatru znad Atlantyku momentami sprawiają, że tracę równowagę, aż łapię się rękoma za wyschnięte kępy traw. Wstałem dzisiaj za późno. Do kulminacyjnego momentu zostało niewiele czasu.
Jest jeszcze stosunkowo ciemno, pewnie za sprawą ciężkich chmur wiszących w oddali nad horyzontem. O taki jednak efekt mi chodziło, o ten specyficzny kontrast pomiędzy nocą a dniem. O uchwycenie światła latarni morskiej na ciemnym tle i z chmurami na niebie, które podświetla już blask wschodzącego słońca.
Zrzucam plecak, błyskawicznie rozstawiam statyw, zatrzaskuję na głowicy aparat z szerokim kątem i mocno wbijam stalowe nogi w ziemię. Na matówce widzę zbliżającą się chmurę, stopniowo przesuwającą się w lewą stronę kadru. Przeczekuję uderzenie silnego wiatru, wyliczam, aby dwusekundowy samowyzwalacz zgrał się ze światłem latarni i… jest!
To był właśnie ten moment, ta ulotna chwila przed wschodem słońca, która nigdy już się nie powtórzy w identycznym układzie chmur i z tą samą grą kolorów.

W ciągu dnia chmury niestety wygrywają ze słońcem. Wiatr cichnie, a cała okolica jest szarobura, niczym w typowy, polski listopadowy dzień. Zapowiada się relaksacyjny dzień z pingwinami :-)

Nie myślcie, że pingwiny od rana do wieczora siedzą w swoich dziuplach i się nudzą. Ptaszory mają swój plan dnia :-)
Tuż po wschodzie słońca całymi stadami wędrują z noclegowiska w stronę oceanu na kąpiel i przede wszystkim na wyżerkę. Powroty do domu następują zaś o zachodzie słońca. Oczywiście trafia się sporo indywidualistów, którzy maszerują tam i nazad przez cały czas oraz kilku leserów, którzy zostają w norach przez większą część dnia, olewając morskie atrakcje.

Idę za jednym ze stad i obserwuję ich poczynania. Z daleka wygląda to niezwykle interesująco – taka czarno-biała masa bujająca się synchronicznie na boki pomiędzy zielonymi zaroślami :-)
Nagle stado zatrzymuje się, a po chwili zawraca. Potem znowu co odważniejsze osobniki powoli wyglądają zza krzaków w stronę plaży i w popłochu się wycofują. Tam coś musi być… Idę to sprawdzić!
Omijam szerokim łukiem stado pingwinów i schodzę na plażę. Powoli stąpam po piachu na granicy wydmy, aby podejść niezauważonym. Gdy jestem już blisko, zostawiam plecak i na czworakach z aparatem i podpięta czterysetką powoli zbliżam się do miejsca…
JEST!
Jakiś duży zwierz siedzi na piasku i obserwuje stada pingwinów. Zamieram w bezruchu. Kładę się na piachu i powoli zaczynam się czołgać, aby go podejść na zdjęciową odległość. To lew morski, identyczny jak z przewodnika! Nie zauważył mnie, robię kilka zdjęć, ale kadry nie są zachwycające.
Czas się ujawnić w myśl zasady, aby nie podłazić znienacka dzikich zwierząt.
Już na dwóch nogach podchodzę powoli zwierza, chrząkając pod nosem, aby zwrócić na siebie uwagę. Dookoła na plaży leżą martwe, rozszarpane pingwiny. Widać obawy ptaków nie były bezpodstawne…
Aparat mam przy oku, muszę wyglądać jak jakiś gość z filmów akcji, negocjujący z porywaczem :-))) Jestem skupiony i przygotowany na prawdopodobną ucieczkę lwa, a także na wykonanie kilku zdjęć w akcji.

O dziwo, lew morski, a jak się później okazuje lwica morska, jest znudzona, może obżarta i w zasadzie nic sobie nie robi z mojej obecności. Podchodzę więc bliżej i bliżej…
Jest duża i ociężała, więc raczej mnie nie złapie, ale z dzikimi zwierzakami nigdy nic nie wiadomo…
Nagle się podrywa! Staje na dwóch płetwach i głośno charcze, pokazując zęby.
Robi to jednak tak trochę dla zasady, bez przekonania, a za moment kładzie się, jak gdyby nigdy nic, by po chwili zacząć ziewać. Z tym straszeniem to była zwyczajna ściema :-)
Sesja jest długa i nużąca, światło jednak nie to i tło takie jakieś… Lwica okazuję sie sympatycznym, wdzięcznym i na oko inteligentnym zwierzem. Z zachowania przypomina dużego, dostojnego psiaka siedzącego przy swojej misce z jedzeniem :-) Szkoda, że nie ma odpowiedniego światła, ale może jeszcze się spotkamy?

Po południu zrywa się wiatr. Zaczyna padać, a potem lać i robi się lodowato. Chowam się do samochodu i zaczynam się zastanawiać, co dalej robić. W planach miałem trzy dni pobytu w towarzystwie pingwinów.
Trochę zasypiam, trochę czytam i znowu śpię – szału można dostać…
Nieźle musi to wyglądać z góry – olbrzymie pustkowie, wygwizdów na maksa, a na środku mała czerwona kropka wśród stepów – samotny samochód, z którego od kilku godzin nikt nie wychodzi. Normalnie scena początkowa do horroru :-)

Po tygodniowym trekkingu i suchym liofilizowanym żarciu teraz miało być lepiej pod względem żywienia. W końcu po drodze zaopatrzyłem się w prawdziwym supermarkecie.
No, niestety… Nie zabrałem maszynki do gotowania, a z przysmaków w kartonie ze sklepu dominują puszki rybne, mielonki oraz oliwki. Do tego chleby w foli w różnych odcieniach – od jasnego do ciemnego.
Powiem szczerze – ten chleb jest straszny. Miękki i nie dosyć, że bez smaku, to jeszcze jakoś dziwnie pachnie…
I tu, bardzo przepraszam wszystkich ornitologów i miłośników ptaków, ale nie mogłem już dłużej. Otworzyłem okno i nakarmiłem tym dziwnym wypiekiem latające w pobliżu mewy. O dziwo, one nie podzieliły moich obiekcji co do białego chlebka i pożarły go, tłukąc się i wrzeszcząc w niebogłosy.

Ciemny chleb był już zjadliwy, a oliwki – hmmm… niebo w gębie :-)

Przed końcem dnia zaczęło się przejaśniać, a tuż nad horyzontem pojawił się czysty pasek nieba.
Oj, będzie się działo! Sprzęt na plecy, statyw w rękę i biegiem do pinguineras!
Leżę jak długi na ziemi pomiędzy krzakami i czterysetką wyłapuję pojedyncze pingwiny. Kamienie wbijają mi się w klatkę piersiowa i w ręce, ale ptaki w kontrze pod słońce wyglądają po prostu czadowo!
Jest dobrze, tak właśnie lubię. To esencja fotografowania dzikiej przyrody.

Adam

4 komentarze

  1. Alka

    Z przyjemnością czytam Pana relacje. Pozdrawiam i dziękuję za chwilę oderwania od codzienności.

  2. Łukasz

    Troche brakuje ujęć w kierunku oceanu o którym mowa w relacji. Zdjęcia – dla mnie nic dodać nic ująć Pozdrawiam

  3. Dziękuję :-)

    Słuszna uwaga, obiecujemy przyspieszenie z relacją!

  4. ,,Zazdroszczę,,Panu tych bliskich spotkań za zwierzętami.Jasne,że lew musiał ryknąć.A co będą mu się plątać jacyś obcy pod płetwami.Zdjęcia są jak obrazy a pingwinki jak namalowane.Patrzę z przyjemnością.No ale trochę się guzdrzecie z tym pisaniem i zdjęć tak mało,malutko.Kiedyż w końcu będzie wszystko??Pozdrawiam.

Skomentuj