W podróży

Dzień pierwszy (Poznań – Berlin – Barcelona) / 22 marca 2012

Oczywiście nie poszliśmy spać. O 1.30 w nocy wsiedliśmy w taksówkę, która zawiozła nas prosto pod poznański hotel Mercury. Tam czekał na nas bus. Miał nas zawieźć na lotnisko Tegel w Berlinie, skąd odlatywał nasz pierwszy samolot. W planie mieliśmy krótki sen, ale zmieniono nam godzinę odjazdu busa i sen przeszedł nam koło nosa.

Bus, jak bus, nic szczególnego. Zakładałem, że pojedziemy niedawno oddaną autostradą prosto do Berlina. Myliłem się. Po drodze czekał jeszcze jeden klient i z autostrady w Polsce nici. Zwiedzaliśmy zatem nocą polskie wsie i miasteczka na drodze nr 2 :-).

Na lotnisku byliśmy mocno za wcześnie. Wolny czas spędziliśmy przepakowując się i zwiedzając lotnisko Tegel. Nie ma na nim jednak zbyt wiele do robienia, szczególnie o 6 rano. Najważniejszą rzeczą było nadanie bagażu (a raczej nadbagażu). Z duszą na ramieniu jako pierwszy podszedłem do odprawy. Na wadze – ciut powyżej 20kg. W domu waga wskazywała nieco więcej. Więc wszystko w porządku. Bagaż podręczny ważył trochę więcej, ale jak tu nie zabrać kolejnego aparatu :-). Tego bagażu jednak nie ważyli. Po chwili zostałem szczęśliwym posiadaczem karty pokładowej. Adam też nie miał żadnych problemów pomimo nawet większego nadbagażu. O dziwo, bagaż został odprawiony aż do argentyńskiego El Calafate, co niezmiernie nas ucieszyło. Nie będziemy musieli się nim zajmować po drodze.

Co można robić o 6 rano na lotnisku przed wielką wyprawą? Oczywiście pić kawę i wyjadać resztki podręcznych zapasów.

Po kolejnych dwóch godzinach wsiadamy wreszcie w samolot. Wypełniony po brzegi. Widać Barcelona jest popularna wśród niemieckich turystów, bo to oni dominowali na pokładzie. Przed nami trzygodzinny lot do Barcelony. Nic szczególnego się nie dzieje. Większą część lotu przesypiamy. Nawet nas na śniadanie nie obudzili. W wyniku interwencji (jesteśmy głodni) dostajemy później kanapkę z … salami. Jak dla mnie, nie do zjedzenia :-).

W Barcelonie lądujemy o 11.35. Mamy 7 godzin do kolejnego lotu. Można oszaleć od tego wolnego czasu. Rozmawiamy, błąkamy się po lotnisku, ja zaczynam przygodę z Kindlem. Na pierwszy rzut idzie „Proces” Kafki w ramach przypomnienia lektur dawno zapomnianych.

W Barcelonie jest około 25 stopni, a my jesteśmy w butach trekingowych i outdoorowych ciuchach. Lekko nie jest. Z tym większą przyjemnością przyjmujemy zimne piwo w klimatyzowanej hali odlotów. Skończyło się na dwóch kuflach na głowę.

Po krótkim wypoczynku ruszamy poza budynek terminalu uruchomić naszego SPOT-a. Zgodnie z instrukcją może to trochę potrwać i rzeczywiście – dopiero po ok. 20 minutach zostaje wysłany pierwszy sygnał. Wszystko przez to, że przebyliśmy znaczną drogę od ostatniego uruchomienia. No ale działa i jesteśmy zadowoleni. Musimy dziwnie wyglądać stercząc nad małym pomarańczowym „czymś” i jeszcze robiąc „temu czemuś” zdjęcia :-). Ale nikt z ochrony nie interweniuje :-).

Przy odprawie na samolot do Buenos Aires dowiadujemy się, że musimy jednak odebrać bagaż na lotnisku w Buenos Aires i przenieść go osobiście na inny terminal. Szkoda. A zapowiadało się tak pięknie. Jeszcze kontrola osobista i już jesteśmy za bramkami. Możemy korzystać z bezcłowego szaleństwa. Rozdzielamy się. Czuję się tak brudny, że kupuję cienkie skarpetki i t-shirt. Wizyta w łazience i już czuję się o niebo lepiej.

Jesteśmy zmęczeni – może nie samą aktywnością, bo tej jest niewiele, ale długim czekaniem. Bo ile można czytać czy rozmawiać? Szczególnie, że przed nami miesiąc wspólnego podróżowania. Nie możemy zatem o wszystkim powiedzieć sobie już na początku naszej podróży :-).

Wreszcie wołają nasz lot i wraz z kilkudziesięcioma pasażerami zajmujemy miejsca w dużym Boeningu. Jest wypełniony w 50%, więc po chwili się przesiadamy i każdy z nas ma do swojej dyspozycji co najmniej dwa miejsca. Jest wieczór. Idziemy spać. Pod nami Atlantyk :-). Zaczyna się przygoda!

Łukasz

3 komentarze

  1. misia

    jak można się nudzić na lotnisku? ;))) tyle samolotów do oglądania, terminal, na pewno mają jakąś „spotting location” ;), ech, ja bym szukała zawsze takich lotów z przesiadką i wolnym czasem, żeby napatrzeć się na samoloty ;)))
    no, ale dla Was ważny kierunek i jak najszybciej dolecieć na miejsce a potem nam pokazywać cudne zdjęcia, czekam na ciąg dalszy opowieści, zdjęć i przygód ;)

  2. Magda

    Czekam na c.d.i chyba czuję się podobnie jak Wy wtedy na tych fotkach.WIEM,że zobaczę coś wspaniałego a może i niewyobrażalnie wspaniałego!Lubię czekać na coś fajnego.Pozdrawiam sympatycznych Podróżniklów Czemu ten Adam lubi szczury?

    • Łukasz

      Cieszymy się. A pytanie dotyczyło myszy :-) – wszystko wyjaśni się wkrótce.

Skomentuj